poniedziałek, 24 lipca 2017

Moja twórczość

IN SEARCH OF A BETTER ENDING

Linki:
Wattpad: >LINK<
Blogspot: >LINK<

Opis: Lily Evans znajduje w czasie ferii zimowych w Dziale Ksiąg Zakazanych siedem książek, których wcale nie powinno tam być. Zaskoczona tym, że w tytule pojawia się bardzo dobrze jej znane nazwisko "Potter", pokazuje książki huncwotom, którzy zostali w zamku. Bez zastanowienia zaczynają czytać. Treść książek dostarcza im bardzo wiele przydatnych informacji. Osoby, którym z pozoru nie warto ufać, chcą pomóc, a przyjaciele okazują się wrogami.
Jak wiele dzieli ich od wojny?
Co nakłoniło Regulusa Blacka do zgody z bratem?
Kto wysłał im tajemnicze książki?
Czy uda im się odmienić los?


BETTER LIFE

Linki:
Wattpad: >LINK<
Blogspot: >LINK<

Opis: Voldemort umarł, a czarodziejski świat odetchnął z ulgą. Na miejsce strachu i niepokoju wcisnęło się szczęście i pogoda ducha.
Alex Black od najmłodszych lat wykazuje się ponad przeciętną inteligencją, poczuciem humoru, lekkim sarkazm. Odziedziczony w genach urok osobisty przyciąga do niej wielu potencjalnych kochanków,  co denerwuje Syriusza bardziej niż Minister Magii.
W świecie pozbawionym potencjalnego zła pojawiają się problemy nie mniejsze niż sam Voledmort. Na światło dzienne wychodzą zapomniane sprawy, szykuje się rewolucja medyczna, a skutki dawno wypowiedzianej przepowiedni zaczyna odczuwać wiele osób.
  
  Druga część "In search of a Better Ending". Nie czytać bez zapoznania się z pierwszą częścią.



OSTATNIE DNI ŚWIATA. APOKALIPSA

Linki:
Wattpad: >LINK<

Opis: Rok 2016. Młoda hackerka Dolly przez przypadek dostaje w posiadanie tajne informacje należące do zorganizowanej grupy przestępczej "The Knights". Tymczasem w Waszyngtonie w Kapitolu dochodzi do zamachu, a dwa dni później ofiarami ataków terrorystycznych zostaje Brytyjski i Europejski Parlament oraz siedziba ONZ. Narasta niechciane napięcie, a media zaczynają spekulować o nadchodzącej wojnie. Kapitan James Allen z nie spokojem każdego poranka włącza telewizor i wygląda za okno. Nie dziwi się, gdy któregoś dnia do drzwi jego domu puka ubrany w wojskowy mundur mężczyzna. Wśród napięcia i spekulacji dochodzi do globalnej wojny, której skutki trudno było przewidzieć...


SYNOWIE CHAOSA

Linki:
Wattpad:
Część pierwsza: >LINK<
Część druga: >LINK<
Część trzecia: >LINK<

Opis części pierwszej: Kai jest licealistą w jednym z najlepszych nowojorskich liceów, Finn na pozór cichy lubi rozrabiać, a Blaise to drobny złodziejaszek, który tylko dzięki ogromnemu szczęściu wymyka się z rąk policji i opieki społecznej.
Tę trójkę nieznanych sobie chłopców połączył grom z jasnego nieba i nieznana im do tej pory magiczna kraina, którą przyjdzie im uratować.
Trójka chłopców, jeden ojciec, jedna przepowiednia, odrobina magii i niezwykłości oraz potężny do pokonania wróg.



Rozdział 29

To, co obudziła Harry'ego pierwszego dnia września, wcale nie było skrzeczącym głosem ciotki Petunii, ani ochrypłym głosem wuja Vernona, to nawet nie był Dudley marudzący wniebogłosy. To było coś innego. Przyjemnego. Ciche pukanie do drzwi, delikatny skrzypnięcia zawiasów i łagodny kobiecy głos oznajmujący:

- Harry, kochanie, śniadanie gotowe.

- Już wstaje mamo – mruknął odruchowo. I nagle wszystko wróciła. Stare wspomnienia zmieszały się z nowymi, dobre ze złymi, złe z dobrymi. Wstał gwałtownie, na sam początek zaliczając glebę z podłogą swojego pokoju. Nie przejął się tym zbytnio. Był w cały w skowronkach. Miał swój własny pokój. Swoje własne ubrania, swoje wygodne łóżko i...w oknie nie było kraty! Uradowany pobiegł do łazienki, wepchnął ostanie rzeczy do szkolnego kufra, pogłaskał swoją śnieżną sowę Hedwigę po dzióbku i zbiegł do kuchni. Dom w Dolinie Godryka znacznie się zmienił od czasu, gdy był w nim po raz ostatni. Nic dziwnego, skoro został doszczętnie spalony.

Wszedł do kuchni. Lily krzątała się przy kuchence, James siedział przy stole i czytając Proroka Codziennego, od czasu do czasu popijał kawę z kubka. Harry nie mógł uwierzyć własnym oczom. Z wielkim uśmiechem na ustach, usiadł na swoim standardowym miejscu i nałożył sobie tosty. James zerknął na syna znad gazety.

- Ktoś tu ma dobry humor – zauważył.

- A no mam! Taki piękny dzień no i wracam do Hogwartu!

- Dzieci – mruknął Rogacz.

- Ej, jestem już prawie dorosły! – oburzył się Harry.

- Wmawiaj sobie, wmawiaj.

Lily nie mogła ukryć cichego chichotu.

Nie potrafił się nie uśmiechać. To była dziwna radość, której tak po prostu nie dało się nie zamaskować. Był szczęśliwy. Autentycznie szczęśliwy. Miał prawdziwą rodzinę, o której tak marzył. Miał przyjaciół, z którymi spotka się za parę godzin. Jak w takim momencie miał udawać, że jest zwyczajnie, skoro nie było zwyczajnie?

*

Nick wiązał sznurowadła w swoich butach, co jakiś czas ziewając głośno. On też nie potrafił ukryć uśmiechu, który sam wkradał się na jego usta. Siedział w swoim pokoju, w domu, w którym mieszkał od urodzenia i był szczęśliwy.

Zawitał do kuchni, gdzie jego rodzice siedzieli przy stole i jedli śniadania. Remus ukradkiem czytał artykuł w gazecie. Ze swoich starych wspomnień pamiętał, jak Remus opowiadał o urodzie jego matki, ale dopiero teraz mógł przyznać mu rację.

- Dzień dobry – przywitał się.

- Ktoś tu ma dobry humor – zauważył Remus.

- Wracam do Hogwartu. Jak mam się nie cieszyć?

- Ale zostawiasz nas – zauważyła Margaret.

- Zobaczymy się w święta przecież.

Kobieta uśmiechnęła się do niego przyjaźnie i nalała soku do szklanki, którą podsunęła pod nos syna. Nick uśmiechnął się jeszcze szerzej. Nie mógł się doczekać, aż zobaczy swoich przyjaciół. Aż zobaczy Alex.

*

Alex miała znacznie mniej przyjemną pobudkę. Szklanka zimnej wody jednak pobudza jak nic innego. Jej krzyk rozniósł się po domu i zmieszał ze śmiechem Syriusza.

- O Merlinie! Tato, oszalałeś?!

- Trzeba było wstać prędzej. Śniadanie gotowe – powiedział i wyszedł. I wtedy ją olśniło. W jej głowie przez chwilę panował chaos, elementy układanki stworzyły całość. Spojrzała na swoje ręce. Żadna nie była pokryta jeszcze tatuażami. To mogło oznaczać tylko jedno.

Wygrzebała się z łóżka i pobiegła do łazienki. Szybko wysuszyła i uczesała włosy oraz przebrała się w normalne ubrania, po czym zeszła do kuchni. Grimmauld Place zmieniło się nie do poznania. Ściany były odnowione i pomalowane. Podłoga lśniła i nie skrzypiała. Schody pokrywał ładny dywan, a ściany wokół pokrywały zdjęcia całej rodziny.

Weszła do kuchni z uśmiechem na ustach. Przy stole siedział Syriusz czytający gazetę oraz Dorcas, która...próbowała zmusić jej młodszego brata do zjedzenia śniadania.

- Musisz zjeść – powiedziała kobieta. Damien miał jedenaście lat i właśnie szedł na swój pierwszy rok do Hogwartu. Ewidentnie był tym faktem przerażony. Z wyglądu bardziej przypominał Syriusza, ale charakter odziedziczył po matce. Alex zaś mówiono, że jest typową kobietą z rodu Black.

- Jedz – powiedziała Alex. – Przydział to nic strasznego. No dalej.

Damien niechętnie ugryzł kawałek chleba.

- Coś ty taka wesoła? – zapytał Syriusz.

- A tak sobie – odparła. – Wracam do Hogwartu! Jak się nie cieszyć?

- W końcu będzie spokój w tym domu – podsumował Syriusz i wrócił do czytania gazety. Alex z wrażenia rozlała sok. – HA! W końcu to nie byłem ja!

Alex prychnęła, nalewając sobie nową porcję, w czasie gdy Dorcas machnięciem różdżki uprzątała bałagan. Zjadła na szybko, wsłuchując się w rozmowę swoich rodziców, od czasu do czasu nakazując Damein'owi jeść.

Wracając do pokoju, minęła się z zaspanym Regulusem.

- Wyprowadziłbyś się – powiedział.

- Za parę lat powiem ci to samo – odparł i śmiejąc się z wyrazu twarzy swojej chrześniaczki, zszedł na śniadanie.

*

Harry stał na peronie dziewięć i trzy czwarte w kłębach dymu z lokomotywy oraz towarzystwie swoich rodziców. Uczniowie pchali się do pociągu. Jakaś kobieta tłumaczyła swojemu synowi, że ma się zachowywać. Jako pierwsza pojawiła się rodzina Lupinów. Harry i Nick wyszczerzyli się do siebie. Blackowie pojawili się jako drudzy. Alex nie mogąc się powstrzymać, mocno uściskała chłopaków.

- Wy coś kombinujecie – powiedziała Lily.

- My? – oburzyła się Alex, kiedy chłopcy przybierali miny niewiniątek. – Ależ skądże? Skąd w ogóle te przypuszczenia?

- Niesłuszne do tego – dodał Harry.

Starsi nie mogli powstrzymać śmiechów rozbawienia. Wtedy Alex w tłumie dostrzegła znajomą twarz. Rzuciła wszystko i biegiem ruszyła przed siebie, wpadając w objęcia swojej przyjaciółki.

- Woah, czym sobie zasłużyłam na takie powitanie? – zapytała Hermiona.

- Po prostu za tobą tęskniłam – powiedziała Alex. Następnie panna Granger przywitała się z Nickiem i Harrym. Mimo iż ta dwójka nie była jeszcze parą, Harry miał plan dokonać co w jego mocy, by tak się stało.

Na horyzoncie pojawiła się grupka rudawych czupryn. Nie mogli się powstrzymać od uśmiechów, widząc rozbrykanych bliźniaków. Rona, kłócącego się z Ginny oraz państwa Weasley trzymających się za ręce. Dopiero w tym momencie uświadomi sobie, jak bardzo tęsknili za tą pulchną kobietą.

Ale to nie był koniec. Pojawił się Neville z rodzicami, Luna ze swoim ojcem, Cho Chang z matką, Dean Thomas kupił sobie sowę, która hałasowała straszliwie, Seamus Finngin chwalił się swoją nową miotłą i chęcią dołączenia do szkolnej drużyny. Pogratulowali Katie Bell odznaki kapitana. Cedric klepnął Harry'ego w ramię, kiedy przechodził akurat obok. Gdzieś w oddali Draco Malfoy chwalił się swoją odznaką Prefekta. Nick odruchowo spojrzał na swoją. Hermiona miała podobną.

Lokomotywa zagwizdała głośno. Nadszedł czas pożegnań.

- Napiszcie dobrze SUMy – powiedziała Lily.

- Bądźcie grzeczni – dodał Remus. – W co wątpię.

- I opiekujcie się Damienem – dodał Syriusz.

Ostanie przytulenia i weszli wagonu, znajdując sobie przedział. Lokomotywa ruszyła, a oni wychyleni przez okno, machali rodzicom na pożegnanie, dopóki peron nie zniknął im z oczu. Siedzieli w piątkę. Harry, Alex, Nick, Hermiona i Ron. Ruszyli w drogę do domu. Prawdziwego i jedynego domu.

Syriusz z lekkim uśmiechem na ustach obserwował znikający pociąg. Peron pomału zaczynał się robić pusty.

- Co się tak uśmiechasz Łapciu? – zapytał James.

- Oni pamiętają – powiedział. – Pamiętają wszystko. Widziałem w jej oczach.

- Cóż. W takim razie poudawajmy, że nie wiemy, a oni niech udają, że nie pamiętają – stwierdził Remus.

Cała szóstka z uśmiechami na ustach opuściła peron. Wiedli inne życie. Alternatywne życie.

Rozdział 28

Kiedy Lily obudziła się tego poniedziałkowego poranka, czuła się wyjątkowo dobrze, jak już od paru dni. James spał obok niej, mrucząc coś niewyraźnie przez sen. Lily uśmiechnęła się, delikatnie zgarniając kilka kosmyków włosów, które opadły mu na oczy i po cichu podreptała do łazienki. Włosy związała w luźnego koczka, oszczędziła twarzy makijażu, a na siebie zarzuciła najzwyczajniejszą bluzkę i materiałowe spodenki. Ten poranek, jak i każdy inny, zaczęła od zaparzenia świeżej kawy, której przyjemny zapach pobudził jej zmysł węchu. Następnie odebrała listy od sów i zapłaciła za Proroka. Jednak jeden list znacznie przykuł jej uwagę. Leżał bardziej na uboczu i z całą pewnością nie przyniosła go żadna sowa. Usiadła na krzesełku i go otworzyła.

Drodzy rodzice?

Tak naprawdę nie mamy pojęcia, czy możemy się tak do was zwracać. Jednak ta forma najbardziej wydała nam się za słuszna.

Jesteśmy naprawdę szczęśliwi, że w tym pierwszym życiu mogliśmy was poznać. Poznać was takich, jacy jesteście naprawdę, a nie jak opisywali was inni. To było dziwaczne, ale wspaniałe doświadczenie, które z pewnością byśmy powtórzyli, gdyby nadarzyła się ku temu stosowna okazja. Zdajemy sobie sprawę, że podróże w czasie niosą ze sobą jakieś konsekwencje. Jednak mamy nadzieję, że w tym wypadku los będzie dla nas łaskawy. Chyba każdy z nas potrzebuje choć odrobinę szczęścia.

Dziękujemy, że mogliśmy z wami pomieszkać, że tak normalnie nas potraktowaliście i już teraz dziękujemy za wszystko, co dla nas zrobicie i przepraszamy za to, co zrobimy. Biorąc pod uwagę nasze geny, będziecie dostawać sowy ze szkoły przynajmniej raz na dwa tygodnie. Ale obiecujemy, że ta żarty będą godne potomków huncwotów!

Jest jedna rzecz, o której powinniście wiedzieć. Narodzimy się na nowo, nie będziemy pamiętać o tych rzeczach, co wiedzieliśmy i niech lepiej tak zostanie. Dla naszego i waszego dobra.

Bądźcie zdrów i do zobaczenia!

Harry, Alex i Nick

ps. Czy możecie przechować mój miecz? Zostawiłam go w swojej sypialni. Alex

Lily zaśmiała się krótko. Nawet nie zauważyła, że się rozpłakała.

- Lily? Co się stało? – zapytał James, podchodząc bliżej żony i przytulając ją.

- Nic, po prostu odeszli – pokazała mu list.

- Wrócą – powiedział. – Na pewno.

Tymczasem przyszłe pokolenie huncwotów siedziało na ławce w parku i przyglądało się ludziom śpieszącym do pracy lub biegaczom. Jakoś niechętnie zbierali się do wrócenia. Bali się, że coś poszło nie tak i koszmar będzie trwać nadal.

- Może trzeba było jednak napisać, że w którymś momencie wszystko sobie przypomnimy – powiedział Nick.

- Nie – odparł stanowczo Harry. – Niech myślą, że nie wiemy.

- Tak będzie lepiej – dodała Alex.

Harry wstał, sięgając po proszek z niebieskiego woreczka, który trzymał. Chciał nim sypnąć, ale Alex złapała go za rękę. Spojrzał na nią pytająco.

- Może możemy jeszcze trochę zostać – zasugerowała niepewnie. Harry wymienił porozumiewawcze spojrzenie z Nickiem. – Huh?

- No dobra, chodźmy do Vegas – odparł, wiedząc, co chodzi po głowie jego przyjaciółce. Alex pisnęła wesoło, łapiąc swoich przyjaciół za dłonie i teleportując wprost do Las Veagas. Tutaj był jeszcze środek nocy, a oni oddali się kasynowemu szaleństwu.

Dwa dni, sporą ilość alkoholu, wiele żetonów, wygranych i przegranych gier później, stawili się o świcie przed Hogwartem z zadowolonymi minami.

- Udało nam się – powiedział uradowany Nick. – Miejmy nadzieję, że porządnie, a nie chwilowo.

- Porządnie – powiedział Harry. – Porządnie.

- Zanim się pożegnamy. Muszę wam coś powiedzieć – powiedziała niepewnie i zwróciła się ku Harry'emu. – Pamiętasz, jak gdzieś od połowy czwartej klasy Snape zaczął ci dawać szlabany za nic?

- Noo – mruknął, przypominając sobie tamte chwile. Jeszcze bardziej nienawidził wtedy Snape'a. – Nie da się ukryć, że takie coś było.

- To byłam ja.

- Przepraszam?

- Nie to ja przepraszam.

- Nie rozumiem – przyznał.

Alex odetchnęła ciężko.

- Za każdym razem, gdy Snape przyłapywał mnie na czyś, czego nie powinnam robić, mówiłam mu „Proszę pana, ale to Harry", a on wtedy „Potter? I wszystko jasne!" I szedł wlepić ci szlaban.

Szczęka Harry'ego prawie dotknęła ziemi. Nick śmiał się cicho w rękaw swojej bluzy.

- No dobra, wybaczam ci.

- Dzięki! – pisnęła i go uściskała, po czym zwróciła się do Nicka. Szykował się na najgorsze. – Zgapiłam od ciebie SUMy z Historii Magii, dlatego dostałam W! – wykrzyknęła.

Ale obaj zaśmiali się w głos.

- Oj, Alex – powiedział Nick, łapiąc ją za ramiona. – To niemożliwe. Siedziałaś dwa rzędy w prawo i pięć siedzeń za mną. Nie mogłaś ze mnie zgapić, kochanie. To niemożliwe.

Ale Alex znów odetchnęła ciężko.

– Wymyśliłam zaklęcie, które sprawiło, że kopia twojego arkuszu pojawiła się na mojej ławce i mogłam widzieć, co piszesz! – powiedziała szybko, prawie opluwając się przy tym śliną.

- Przepraszam?

- Nie to znów ja przepraszam.

- Mogę wiedzieć, dlaczego się ze mną nie podzieliłaś tym odkryciem?! – zapytał Harry ewidentnie oburzony faktem, że został w taki sposób wystawiony przez swoją przyjaciółkę.

Ale Alex jęknęła zdesperowana i porwała ich w uścisk.

Po kilku długich minutach portal był otwarty. Młoda Black ucałowała mocno Nicka na pożegnanie, a ten z lekką niepewnością przeszedł na drugą stronę. Potem uściskała ostatni raz Harry'ego i poszła w ślad Lupina. Harry jeszcze chwilę stał w miejscu, wpatrując się w Hogwart. Niedługo tu wróci i z całą pewnością będzie pod wielkim wrażeniem tej budowli.

- Do zobaczenia – powiedział do siebie i sam zniknął w portalu, który się za nim zamknął.

Tego samego poranka stały się jeszcze dwie inne rzeczy.

Molly Weasley właśnie skończyła wieszać pranie, gdy w progu swoich drzwi dostrzegła coś nietypowego. Była to dość duża sakiewka, obok której znajdował się list. Niepewnie zajrzała do środka sakiewki, która po brzegi wypełniona była Galeonami. List był krotki, ale treściwy.

Kochana Pani Weasley!

Mimo licznej gromadki swoich dzieci traktowała nas pani jak swoje kolejne potomstwo, a i my traktowaliśmy panią jak drugą matkę. Zrobiła dla nas Pani bardzo wiele rzeczy, za które chcielibyśmy teraz podziękować. Te pieniądze są dla Pani i całej rodziny Weasleyów.

Do szybkiego zobaczenia

Nick, Alex i Harry

Molly uśmiechała się w ten ciepły i typowy tylko dla niej sposób. Mimo iż nie miała okazji osobiście poznać tej trójki, była im w tym monecie równie wdzięczna, co oni jej.

Tymczasem Remus zamaszystym krokiem wszedł na ulicę Pokątną, przy okazji na kogoś wpadając. W ostatniej chwili zareagował, łapiąc kobietę za rękę.

- Przepraszam – powiedział, przyglądając się jej. Była piękna. Blond włosy sięgały jej prawie do pasa. Niebieskie oczy były duże i hipnotyzujące. – Zagapiłem się.

- No to nie tylko pan – zaśmiała się.

- Jaki tam ze mnie pan – odparł. – Jestem Remus.

- Margaret – odpowiedziała, ściskając jego dłoń.

Oboje wiedzieli, że to nie będzie tylko przelotna znajomość.

Rozdział 27

Z przerażonymi minami patrzyli po sobie, czekając na dalszy rozwój wydarzeń. Napięcie było bardzo wyczuwalne. Powietrze zgęstniało. Były to ostatnie sekundy ciszy przed nadchodzącą, gwałtowną burzą.

Alex zrobiło się ciemno przed oczami. Zachwiała się i upadła. Nick prędko znalazł się przy niej, klepiąc delikatnie w blady policzek. Tak wiele w tym momencie mogło pójść źle, tak wiele mogło się spieprzyć, choć są tak blisko końca.

Odskoczył jak oparzony, gdy Alex otwarła swoje czarne jak węgielki oczy. Podniosła się z gracją, lekko sztywno i rozejrzała. Ciemne kłęby chmur powoli wlatywały do środka przez wybite okna.

- Uciekajcie stąd – nakazała, ale wszyscy wgapiali się w nią ze strachem. – JAZDA!

Dumbledore ocknął się pierwszy, mówiąc zakonowi, by wyszli. Alex nie zwracała już na nich uwagi. Dorwała się do siedmiu ksiąg, które szybko zaczęła kartkować.

- Idź Nick – powiedziała, nawet na niego nie patrząc. – Poradzę sobie.

- Wiem – przyznał. – Ale nie wiem, czy ja sobie poradzę – dodał i odszedł.

Koszmar rozpoczął się w kilka minut. Zaklęcia mieszały się ze sobą. Inferiusy kroczyły po błoniach żądne krwi. Do akcji włączyło się ministerstwo. Świadomość, że większość z nich opowiedziała się po stronie Voldemorta, była najgorsza. Śmierciożercy wdarli się do zamku, a setki cieni snuły po błoniach wprost na zamek.

Harry z rozpaczą patrzył na to wszystko.

- A ty jeszcze tutaj! – Obrócił się, słysząc Jamesa. – Sprawdziłem na mapie. Voldemort czai się w Zakazanym Lesie.

- Dzięki – mruknął niepewni.

- Dasz radę. W końcu masz nazwisko Potter.

Klepnął go w plecy i Harry uśmiechnął się lekko.

- Zrób coś dla mnie i nie daj się zabić.

- No gdzie! W końcu ja też jestem Potter.

Oboje uśmiechnęli się krótko i rozeszli w swoje strony.

Biegł korytarzami, obserwując, co się dzieje. Im niżej schodził, tym walki były częstsze, gwałtowniejsze i krwiste. I chociaż nigdzie nie dopatrywał się żadnych zwłok, obawiał się, że za chwilę będzie ich tu całkiem sporo. Dla bezpieczeństwa zarzucił na siebie pelerynę niewidkę. Gdy zbiegł do sali wejściowej, liczył zastać tam Alex albo Nicka, ale tej dwójki tam nie zastał. Siedem ksiąg również zniknęło. Za to roiło się od czarnych peleryn śmierciożerców. Dumbledore stał na czele tego wszystkiego, ciskając potężnymi zaklęciami. Chwilę po prostu tak stał, wpatrując się w to wszystko, a potem ruszył dalej przed siebie.

Dyszał ciężko od pyłu, jaki unosił po korytarzach, dlatego z nie małą ulgą znalazł się na dziedzińcu szkolnym, ale tam odbywała się jeszcze dziwniejsza scena. Rodzina Black zwróciła się ku sobie. Harry doznał niemałego szoku, gdy dostrzegł Bellatrix trzymającą z Syriuszem i Regulusem, dopiero po chwili skojarzył, że to Andromeda, a nie Bella. Jej w ogóle tutaj nie było.

- Regulus, Regulus jak mogłeś? – pytał z wyrzutem Orion. – Myślałem, że nie jesteś taki jak on?

Jakby od niechcenia wskazał na Syriusza.

- Od zawsze byłem taki jak mój brat, tylko byłem zbyt tchórzliwy, by się do tego przyznać. Teraz nie stchórzę!

- Regulus! – zaskrzeczała Walburga. – Regulus jeszcze nie jest za późno. Czarny Pan ci wybaczy. Po prostu chodź z nami.

- Voldemort... tak nie boję się wymawiać tego imienia... umrze jeszcze dzisiaj, ale skoro jesteście na tyle głupi, by trzymać razem z nim, a nie z własnymi synami to proszę bardzo. Wasz wybór.

Harry wiedział, że powinien właśnie pędzić do Zakazanego Lasu, ale nie umiał oderwać wzroku od tej sytuacji, która była nie mało ekscytująca.

- Narcyzo – wyszeptała Andromeda w kierunku swojej siostry. – Nie musisz tego robić. Pomogę ci.

- Przyszłam tu tylko dlatego, by spróbować odzyskać swoją siostrę i przekazać ci, że Bellatrix nie żyje. – Ta wiadomość ewidentnie zaskoczyła wszystkich. Nawet Harry'ego. – Ktoś potraktował ją wyjątkowo brutalnie. Wyrwano jej serce. – I Harry już wiedział, że to zrobiła Alex.

- Nie miałam pojęcia – wyszeptała Andormeda. – Mimo iż nie miałyśmy ze sobą dobrych kontaktów, to straszne.

- Koniec tego cnotliwego gadania! – wykrzyknął Orion. – Decyduj się albo walczmy!

Syriusz wymienił porozumiewawcze spojrzenie ze swoją kuzynką, która skinęła jedynie delikatnie głową. Sześć promieni z różdżek zderzyło się ze sobą, tworząc huk. Wszystko wokół zatrzęsło się gwałtownie. Harry o mało co się nie przewrócił.

Rodzina Black toczyła między sobą bitwę na śmierć i życie. Zielone promienie Avad uderzały w słupy i ściany. Harry wycofał się o parę kroków, by nie dostać jedną przez przypadek. Orion tak zawziął się na Syriusza, że ten nie miał zbyt dużego pola manewru. Walburdze udało się ogłuszyć Regulusa, tym samym łapa znalazł się między młotem a kowadłem. Harry'ego zamurował. Nawet nie zdążył zareagować, gdy zielony promień wyleciał z różdżki Walburgi, lecąc ku Syriuszowi. Świat jakby na chwilę zamarł. Harry'emu przeleciały przez głowę tysiące myśli, gdy ściągał z siebie pelerynę i biegł ku Syriuszowi. Ale Harry zapomniał o jednej, bardzo ważnej rzeczy. Syriusz był huncwotem. W ostatniej chwili padł na ziemię, a promień ugodził Oriona w pierś. Walburga krzyknęła w głos, podbiegając do swojego męża.

Harry patrzył się w to wszystko kompletnie oszołomiony.

Tymczasem Nick był świadkiem kompletnie innej sceny. Stał w cieniu wielkiej platformy Saturna na wieży astronomicznej, gdzie James i Remus przyciskali do barierki przestraszonego Petera.

- Dlaczego Peter? – zapytał z wyrzutem James. – Byliśmy przyjaciółmi. Ufaliśmy sobie, a ty tak po prostu nas zdradziłeś. Dlaczego?

Peter nie powiedział nic.

- Powiedz coś – odparł Remus. – Powiedz. Te wszystkie lata nic dla ciebie nie znaczyły? Te wszystkie żart, szlabany, nauka animagi. To było nic?

- Nie rozumiecie – powiedział. – On jest zbyt potężny. Nie wiecie wszystkiego.

- To nie wyjaśnia, dlaczego zdradziłeś przyjaciół! – krzyknął James. – I wiemy więcej, niż ci się wydaje Glizdogonie.

Przez długą chwilę mierzyli się spojrzeniami. Nick z niecierpliwością oczekiwał dalszego rozwoju wypadków.

- Przykro mi – powiedział Peter.

- Nam też – odparł James. – Nam też.

I popchnął Petera, a ten wyleciał za barierkę. On i Remus stali jeszcze chwilę w miejscu, patrząc się w przestrzeń, a potem biegiem ruszyli ku wyjściu. Nick niepewnie wychylił się zza Saturna i podszedł do barierki. Kilka Inferiusów dobrało się do mokrej plamy, która została z Petera. Nick odetchnął ciężko i sam pobiegł ku schodom.

Harry'emu udało się wyjść na błonia. Nigdzie nie widział cieni, a to mogło oznaczać, że Alex jakoś sobie radzi. Mimo to wciąż toczyła się wojna. Śmierciożercy kontra zakon. Dobra kontra zło. Pośpiesznie przeszedł obok spalonej chatki Hagrida i wszedł las. Tutaj jak na złość było spokojnie, nazbyt spokojnie.

- Dokąd to?

Podskoczył ze strachu. Oskarżycielskie spojrzenie poleciało w kierunku Alex, zaraz po tym, jak zdjął pelerynę.

- Wystraszyłaś mnie – powiedział.

- Sorry – mruknęła. – Jeśli chcesz go pokonać, musisz iść ze mną. Dopóki jest w nim ciemność, nic nie wskórasz.

Mam rozumieć, że masz plan.

Alex przytknęła. Harry'ego niepokoiło jej dziwne zachowanie, jednak zdawał sobie sprawę, że jego przyjaciółka jest teraz pod wpływem czegoś potężniejszego.

- Wszyscy śmierciożercy walczą, ale ma kilku przy sobie. Ja muszę podejść jak najbliżej niego. W tym czasie ty musisz zabić węża. Później zostanie już tylko Voldemort.

Właściwie to był żaden plan i Harry po prostu miał grać na zwłokę.

Podeszli jak najbliżej polany, gdzie znajdował się Voldemort i przykucnęli za krzakiem. Otaczało go pięciu śmierciożerców. Alex spojrzała znacząco na swojego przyjaciela i ostrożnie odeszła kilkadziesiąt kroków w bok. Harry odetchnął głęboko i delikatnie zatrząsł krzakiem. Nagini wijąca się u stóp swojego pana zasyczała i powoli podpełzła w tamtym kierunku. Po raz drugi zatrząsł krzakiem. Wąż nastroszył się, w każdej chwili gotów do ataku. Krzak zatrząsł się po raz drugi. Nagini skoczyła w tamtym kierunku.

W ostatniej chwili zdążył uskoczyć na bok, ale to zaalarmowało innych. Na jego szczęście Alex, stała już tuż za Voldemortem. Jej oczy przybrały czarną barwę. Machnęła ręką, a śmierciożercy padli na ziemię, jakby zemdleni. Czarny Pan odwrócił się zaskoczony. Młoda Black uśmiechnęła się jedynie z zadowolenia i przytknęła swoją dłoń do jego czoła.

Harry tymczasem starł się nie paść ofiarą jadu węża i unikał go, jak tylko mógł. Nie potrafił wyczuć odpowiedniego momentu do tego, by zaatakować.

- Chodź tutaj – mruknął.

Następnie stało się kilka rzeczy. Harry jakimś dziwnym sposobem uciął głowę Naginii, a ta jakby rozpłynęła się w powietrzu. Jednak zamach, jaki wziął Harry, był na tyle silny, że miecz wypadł mu z dłoni, lecąc ku Voldemortowi i wbijając się w jego klatkę piersiową. Czarny Pan zawył, a następnie osunął się na ziemię, podobnie jak Alex.

Harry, dysząc cały, podbiegł do dziewczyny, starając się ją ocucić. Uchyliła swoje powieki w tym samym czasie, gdy zza chmur zaczęło pojawiać się słońce. Ptaki z lasu ćwierkały wesoło, ciemne chmury przybrały białą, milszą barwę. To był znak, że zło odeszło.

- Nie żyje? – zapytała.

- Nie – potwierdził. – Udało nam się.

Pomógł jej wstać. Z pozbawionymi wyrazami minami spojrzeli na martwe ciało Voldemorta. W tej chwili można było rzec, że Toma Riddle'a pokonał ślizgoński spryt i huncowckie szczęście. Wojna była skończona. Wygrali.

*

Był wieczór i chociaż niektórzy pragnęli tylko poleniuchować, nie było im to jednak dane. W Ministerstwie zapanował chaos, chociaż Dumbledore próbował nad tym jakoś zapanować. Kilkudziesięciu aurorów kursowali między Hogwartem i Azkabanem, gdzie wsadzali śmierciożerców. Ich procesy miały ruszyć zaraz po tym, jak sytuacja w Londynie się jakoś ustatkuje. Dużo osób zostało jednak w Hogwarcie. Siedzieli przy stołach i opowiadali sobie o wojnie.

Nick patrzył na to wszystko z lekkim uśmiechem na twarzy. Wszystko dobrze się skończyło. Nie ponieśli żadnych, niechcianych strat. Było lepiej, niż przypuszczał. Harry usiadł tuż obok niego, ewidentnie zmęczony.

- Jak się położę, to będę spał przez dwa dni – podsumował. – Wszystko w porządku?

- Tak, jak najbardziej. Po prostu byłem świadkiem pewnej sceny na wieży astronomicznej. Mój i twój ojciec dorwali się do Petera, a na koniec James wyrzucił go przez barierkę. To było trochę przerażające.

Harry milczał chwilę.

- Widziałem, jak Walburga przez przypadek zabiła Oriona. Dowiedziałem się również, że wczoraj ktoś wyrwał Bellatrix serce. Oboje dobrze wiemy, że to była Alex.

- Lepiej tego nie rozgłaszajmy – rzekł. – Ta księga ją zmieniła. Swoją drogą, gdzie ona jest?

Harry wzruszył jedynie ramionami.

Alex stała u brzegu Zakazanego Lasu, tuż przed ogromnym ogniskiem i co chwila dorzucała do niego po jednej księdze. Wolała spalić to wszystko niż żyć w lęku, że koszmar powróci, że któregoś dnia, ta niebezpieczna broń trafi w czyjeś brudne łapska. Jak to się mówi, przezorny zawsze ubezpieczony.

Rozdział 26

W zielonych oczach Lily odbijał się ogień. Wszystko wokół niej chłonięte było przez ogromne płomienie w kolorze oślepiającej żółci i czerwieni. Na ciemnym niebie unosił się szmaragdowy mroczny znak. Zaklęcia ciemnej i jasnej strony mieszały się za sobą.

- Wszystko w porządku? – zapytał James, dokładnie doglądając swoją żonę. Skinęła jedynie głową. – Okay, zarzucili barierę anty deportacyjną. Musisz tylko za nią wybiec i teleportować się do Hogwartu. Tam będziesz bezpieczna.

- Oszalałeś?! – wrzasnęła. – Jesteś naprawdę głupi, skoro myślisz, że cię zostawię samego!

James pocałował ją nagle i gwałtownie. Właśnie za to ją kochał, ale przecież nie mógł jej stracić.

- Kocham cię – szepnął w jej usta. – Bardzo mocno, ale nie mogę pozwolić, by coś ci się stało. Weź Dorcas i pędźcie do Hogwartu. Proszę.

Spojrzeli sobie w oczy i Lily ostatni raz ucałowała swojego męża, następnie rozbiegli się w dwa przeciwległe kierunki.

- Widziałeś Alex? – zapytał Nick Harry'ego, kiedy na chwile udało im się schować za rozwalonym domem. Na ulicy toczyła się walka między zakonem a śmierciożercami. Zaklęcia wybuchały, dym drapał w płuca, a podłoga drżała od wstrząsów.

- Od wczoraj nie – przyznał.

- Gratulacje – mruknął Nick. – Naprawdę gratuluje. Nie mogłeś się powstrzymać od takich oskarżeń? Żaden z nas nie jest święty.

- Poniosło mnie! – wykrzyknął. – Alex sobie poradzi. Jak zawsze.

- Poszła po księgę! A co jeśli to ją zabije!

- Cholera Nick! Alex jest silniejsza, niż wszyscy sądzimy. Po incydencie z piątej klasy sam Dumbledore przyznał, że dawno nie widział takiej mocy. Poradzi sobie – powtórzył.

Syriusz pojawił się tuż obok nich, dysząc ciężko. Z rozcięcia na policzku skapywała mu krew, twarz miał czymś brudną, ale uśmiechał się, jak to Syriusz.

- Widziałem Voldemorta – powiedział. – Ma przy sobie węża.

- Jego dom stoi pusty – mruknął Harry. Regulus i Snape zdradzili im lokalizację posiadłości Czarnego Pana. Jeśli mieli zdobyć dziennik, to tylko teraz. – Zostań tutaj – powiedział do Nicka. – Karz wszystkim przenieść się na Hogwart. Tutaj giną tylko niewinni ludzie. Weź horcruxy – podał mu czarny plecak Alex. – Spotkamy się w zamku. – Spojrzał na Syriusza. – Pójdziesz ze mną?

- Jasne! – odparł.

Harry poprawił miecz, który obijał mu się o prawy bok i razem z Syriuszem pobiegli przed siebie. Wszyscy byli tak pochłonięci walką, że nawet nie zauważyli, że zniknęły dwie osoby. Przekraczając barierę, teleportowali się wprost pod bramy posiadłości Voldemorta. Była to dość wielka willa w gotyckim stylu, ale nie mieli czasu na zachwycanie się tym.

- Nie miałem okazji zapytać – powiedział Syriusz, gdy szli ku domowi. – Jestem twoim ojcem chrzestnym?

Harry spojrzał na niego z ukosa.

- Tak – potwierdził.

- Czuję się dumny.

- Ja też – powiedział Harry i oboje wyszczerzyli się głupkowato.

Mieli rację, twierdząc, że dom będzie stał pusty, dlatego zaczęli się po nim rozglądać. W pośpiechu przeszukiwali każdy kąt. Dopiero w gabinecie na piętrze, na końcu korytarza, Harry'emu w oczy rzucił się znajomy dziennik. Pośpiesznie go chwycił, rzucając o ziemię i dobierając miecza.

- Chcesz? – zapytał Syriusz, który przyglądał mu się z ciekawością. – Oficjalnie mnie tu przecież nie ma.

Syriusz niepewnie chwycił rączkę i wbił go w okładkę dziennika. Z dziury powoli zaczęła się sączyć czarna maź. Ugodził drugi raz i trzeci. Czuł dziwną wściekłość na całym ciele. Wiedział, że ten dziennik jest zły, że im więcej razy go ukuje tym... Zatrzymał się w pół drogi, dysząc ciężko. Harry wziął dziennik, miecz i już mieli wychodzić, gdy znów coś rzuciło mu się w oczy. Było to siedem czarnych i grubych ksiąg.

- Bierzemy je – powiedział, wskazując na nie.

Podzielili się na pół i pośpiesznie teleportowali do Hogsmeade, ale tam czaili się już śmierciożercy. Najwyraźniej odwrót przebiegł pomyślenie, skoro zaczęło się oblężenie szkoły.

- Musimy się dostać do Miodowego Królestwa – powiedział cicho Syriusz.

Harry przytknął. Bezproblemowo dostali się do sklepu ze słodkościami, gdzie przez tajne przejście dostali się do Hogwartu.

- Poczułem się, jakbym znów miał piętnaście lat – podsumował Syriusz i biegiem udali się do wielkiej sali, gdzie czekał na nich cały Zakon. Rzucili księgi na stół.

- Wszyscy w porządku? – zapytał Harry. – Świetnie. Musimy zniszczyć resztę horcruxów. – Nick wyciągnął pierścień, puchar, czarkę i medalion. – Panie profesorze, jeden dla pana – powiedział, podając Dumbledorowi miecz.

Dyrektor ujął go w swoją długą dłoń i ugodził puchar. Potężny wiatr sprawił, że szyby w oknach popękały. Następnie Regulus ugodził medalion, James pierścień i Remus puchar.

- Został tylko wąż – powiedział Nick. – Jest on na głowie Harry'ego, ale gdyby coś poszło nie tak, to któreś z nas musi się tym zająć. Podzielimy się teraz na cztery grupy. Jedna pójdzie na błonia, druga na wieżę astronomiczną, trzecia i czwarta zostają w środku. Weźcie wszystko, co może przydać się do walki. Rośliny, eliksiry, wszystko, ale najważniejsze to nie dajcie się zabić.

Ciche chrząknięcie sprawiło, że podskoczyli gwałtownie. Alex stała oparta o framugę drzwi, chwiejąc się na nogach. Wyglądała mizernie, jakby spędziła kilka lat w Azkabanie.

- Nie – wychrypiała, gdy Nick ruszył ku niej. – Nie podchodź! Nie podchodź. Ledwo to kontroluję. Jest już za późno na cokolwiek. Po prostu walczcie. Po prostu walczcie.

Nagle zrobiło się ciemno, mroczno i chłodno. Okolicę przykryła Ciemność, a złowieszczy śmiech Voldemorta rozniósł się echem.

Rozdział 25

Nick z rozbawieniem obserwował jak Harry i Alex toczą wojnę na głupie miny. Młoda Black co chwila waliła swojego przyjaciela w ramię, kompletnie za nic, co Harry komentował tylko chichotami. Toczącą się od pół godziny zabawę przerwała jednak mała, brązowa sówka, która wleciała przez otwarte okno. Z gracją wylądowała obok Nicka i dostojnie wyciągnęła ku niego swoją nóżkę. Lupin, rozpoznając sowę z Hogwartu, ostrożnie odwiązał list.

W tym samym czasie Syriusz i James robili coś kompletnie idiotycznego, co sprawiało, że Remus, Regulus i Lily nie mogli powstrzymać cichych śmiechów. Głośny wrzask spowodował, że cała piątka zamarła przestraszona.

- Moja wina?! – oburzyła się Alex. – Moja?! Chyba raczej twoja, że żeś głupszy niż but!

- Trzeba było nam powiedzieć! – sprzeciwił się Harry. – Widziałaś o tym od jakiegoś czasu, a uparcie milczałaś! Po czyjej stronie jesteś?!

- Twierdzisz, że jesteś śmierciożercą?!

Nastała chwila ciszy, podczas której z przerażeniem wpatrywali się w sufit, następnie nastąpił huk, trzask drzwiami, tupot na schodach. Alex śmignęła im przed oczami i... następne trzaśnięcie drzwiami. Nick pędził tuż za nią, wołając głośno, ale dziewczyna nie reagowała. Nick był cały rozeźlony.

- Co się stało? – zapytała Lily ostrożnie.

- Szykujcie się, prawdopodobnie jutro rozpęta się wojna – powiedział jedynie i zniknął im z oczu. Lily upuściła talerz, który z hukiem roztrzaskał się o podłogę.

Tymczasem Alex wpadła do pierwszego lepszego baru, prosząc o całą butelkę whisky. Barman popatrzył na nią dziwnie, ale widząc rozeźloną twarz dziewczyny, nawet się nie sprzeciwił. Alex od razu pochłonęła połowę płynu, a jej usta wykrzywiły się w paskudnym grymasie. Rozejrzała się po barze. Kilku facetów rozbierało ją wzrokiem, kilku zajmowało stół bilardowy, reszta śmiała się w głos, pijąc kolejne porcje alkoholu. Mocno ściskając swoją butelkę, podeszła do stołu bilardowego.

- Mogę się dołączyć? – zapytała niewinnie i trójka grających panów uśmiechnęła się chytrze. Jednak trzy godziny później wychodzili z baru kompletnie oskubani i źli, a Alex upita, rozweselona i z pokaźną sumką w kieszeniach.

Czknęła i niekontrolowanie się teleportowała, na miejscu się przewracając i zwracając część wypitego alkoholu.

- Cholera – mruknęła, podnosząc się i wycierając usta w rękaw kurtki. Znajdowała się w jakiejś dziwnej wiosce. Stała niedaleko dużego kościoła. Cztery szerokie ulice prowadziły właśnie do niego. Na chwiejących się nogach, znalazła wejście do budynku i po chwili wysiłku przeczytała napis na marmurowej płycie:

- Kościół św. Marii Matki w Aldumery.

I nagle ją olśniło. Z dziecięcą radością weszła do środka. Cały kościół oświetlony był jedynie przez świece znajdujące się przed ołtarzem. Jej kroki roznosiły się delikatnym echem. Dziwny chłód panował w środku.

Stanęła za ołtarzem, kucając i pięścią pukając w poszczególne kafelki. Z łatwością znalazła skrytkę. W środku znajdowała się potężna księga zawinięta w śmierdzącą płachtę. Rozwinęła ją, tym samym wprawiając w ruch tuman kurzu i zerknęła na księgę. Była gruba i w białej oprawie. Kartki miała żółtawe, zapisane drobnym pismem oraz perfekcyjnymi rysunkami.

Wtedy poczuła coś dziwnego. Niekontrolowana energia rozpierzchła się po ciele Alex. Drżała cała, czując, jakby prąd raził jej ciało, a napięcie robiło się coraz mocniejsze, prawie nie do wytrzymania. W końcu z jej gardła wydarł się krzyk, a po nim następny. Ból, jaki nią targnął był nie do zniesienia, gorszy od cruciatusów. Zemdlała, nawet nie wiedząc kiedy.

Mogła minąć godzina albo zaledwie pięć minut, gdy ponownie otwarła oczy. Czuła się dziwnie, nieswojo, jakby ktoś drugi był w jej ciele i ją kontrolował. Była marionetką w dziwnych rękach.

Ale wstała mechanicznie, biorąc księgę pod pachę, ale pisk zawiasów w drzwiach sprawił, że pośpiesznie wycofała się pod najbliższą kolumnę, gdzie schowała się w jej cieniu. Jej oczom ukazała się Bellatrix Lestrange - najbardziej znienawidzona przez nią kobieta. Dumnym krokiem przeszła przez całą długość kościoła, nawet nie racząc zorientować się, czy nie jest sama i stanęła za ołtarzem. Jakże wielka była jej wściekłość, gdy znalazła pustą skrytkę.

- Szukasz czegoś? – zapytała Alex, powolnym krokiem zmierzając ku niej i pokazując księgę. – Trochę za późno.

- Oddaj to! – wrzasnęła, celując w nią różdżką. Alex zaśmiał się jedynie i machnęła nonszalancko ręką. Różdżka Belli wyleciała jej z dłoni. – Jak śmiesz?!

Ale Alex znów machnęła dłonią, a jej ciotka przeleciała ponad stołem i wylądowała tuż pod kamiennymi schodami, unieruchomiona przez niewidzialną siłę Alex nie wiedziała, skąd tak potrafi. Powinna czuć strach przeciwko swoim ruch, ale nie potrafiła. Sprawiały jej tak wiele frajdy. Podeszła bliżej, kucając obok ciotki.

- Jesteś tak bardzo głupiutka ciociu. Tak, dobrze słyszałaś. Ciociu.

- Kim ty do cholery jesteś? – zapytała, szarpiąc się.

- Alex. Alex Black. Córka Syriusz Blacka z przyszłości. – Bella znieruchomiała, słysząc to wszystko. – Miałyśmy ze sobą bardzo na pieńku – mruknęła, kartkując księgę. – Nienawidziłyśmy się, a wszystko za sprawą tego, że zabiłaś mi ojca.

Bellatrix zaśmiała się, słysząc to.

- Nic ci do śmiechu – syknęła Alex, łapiąc ją za twarz. – Zrobię ci dokładnie to samo, co ty zrobiłaś mu i na koniec ja się zaśmieję.

I nie czekając na nic więcej, wbiła dłoń w pierś Bellatrix i zacisnęła ją na sercu. Kobieta wrzasnęła. Zerwał się wiatr, świece pogasły, a z ust Alex wypłynęły nieznane jej, łacińskie słowa. Kobieta z przerażeniem obserwowała jak oczy dziewczyny zalewa czysta czerń, a potem Alex zwinnym pociągnięciem wyrywa jej serce z klatki. Bellatrix jeszcze chwilę widziała, jak narząd pulsuje w zakrwawionej ręce Black, a potem dla niej nie było już nic.

Alex uśmiechnęła się i oblizała powolnie usta, by wbić zęby w serce i odgryźć jego spory kawałek. Nieznana moc ogarnęła jej ciało, pobudzając do życia Potępienie.

niedziela, 23 lipca 2017

Rozdział 24

- Dokąd idziemy? – zapytała po raz kolejny tego wieczora Alex.

Nick uśmiechnął się jedynie i pociągnął dziewczynę w głąb lasu. Powoli zaczynało się ściemniać, dlatego las wydawał się dziwny i tajemniczy. Nick wiedział, że na ten wieczór wszyscy dostali coś do roboty, więc i on pod pretekstem ważnej rzeczy wyciągnął Alex z domu. Szkoda tylko, że Alex nie wiedziała, co to za ważna rzecz. Nick jednak zgadywał, że dziewczynie się spodoba.

Dotarli do celu, którym była szeroko polana, cała w kolorowych, polnych kwiatach. Pośrodku niej paliło się już ognisko, do którego podeszli. Tuż obok leżał rozłożony koc i wielki wiklinowy kosz. Nick widział, jak oczy Alec błyszczą z zachwytu.

- Ty to zrobiłeś? – zapytała.

- Noo – podrapał się po karku. – Pomyślałem, że zabiorę cię na coś w stylu randki, no chyba że nie chcesz, by to była randa, więc zmienimy inicjatywę na przyjacielski wypad.

Alex uśmiechnęła się jedynie.

- Może być randka – odparła, siadając na kocu.

W koszu znajdowało się piwo kremowe oraz pyszna szarlotka. Śmiejąc się, wspominali szkolne wygłupy. Najbardziej w pamięci utkwiło im, gdy Moody zamienił Malfoy'a we fretkę oraz gdy zrobili kawał Snape'owi, który nosił kryptonim Różowa Pantera. Później porobili sobie zdjęcia aparatem, a na koniec przez długi czas wpatrywali się w rozgwieżdżone niebo, trzymając się za dłonie.

- Mars jasno płonie – zauważył Nick, a Alex prychnęła śmiechem. – Syriusz za to jakiś taki jakiś rozbiegany.

- Zawsze tak wygląda – powiedziała Alex, znając tę gwiazdę prawie na pamięć. – Zawsze wydaje się, że ta gwiazda za chwile odleci od swojego zbioru, by żyć własnym życiem.

Spojrzeli na siebie, uśmiechając się przy tym lekko. Już dawno nie mieli aż tak udanego wieczoru.

Tymczasem Harry zszedł do salonu, gdzie Lily czytała książkę. Zostali sami, a Harry jakoś nie miał ochoty siedzieć w towarzystwie czterech ścian. Wybrał więc losową książkę z dość dużej biblioteczki i usiadł na drugim fotelu. Lily zerknęła na niego ponad swoją lekturą.

- Nie jesteś jak James – powiedziała, czym przykuła sobie uwagę przyszłego syna. – Może z wyglądu. Z charakteru jesteś bardziej...

- Jak ty – dokończył, a Lily uśmiechnęła się lekko. – Tak, wiem. Dużo ludzi mi to mówiło.

- Ale nie ja. W tym życiu ja ci tego nie mówiłam. – Przytknął. – Co się z tobą stało po tym, jak ja i James umarliśmy? – zapytała ciekawa.

Harry zerknął na ogień, przypominając sobie swoje nieszczęsne dzieciństwo.

- Przed Voldemortem musiała chronić mnie potężna magia. Magia krwi, dlatego utknąłem u twojej siostry.

- U Petunii? – zapytała zszokowana kobieta, jakby nie mogła uwierzyć w to, co usłyszała. – O Merlinie, mam nadzieję, że dobrze cię traktowała. Nie mamy dobrych kontaktów, chyba wiesz.

- Tak, wiem – przyznał. – I to się na mnie odbiło.

- Jak?

Harry w jej oczach dostrzegł lekką nutkę paniki.

- Nie chcesz wiedzieć – odparł. – Nie musisz.

- Chcę! – zaprzeczyła. – I muszę! Proszę, Harry. Nikomu nie powiem, obiecuję.

Harry westchnął ciężko.

- Tylko nie reaguj pochopnie. – Przytknęła. – Moje dzieciństwo było ciężkie. Twoja siostra od początku wmawiała mi, że zginęliście w wypadku samochodowy. Że jestem czarodziejem, dowiedziałem się w swoje jedenaste urodziny od Hagrida. Do samego końca byłem traktowany jaki... służący. Musiałem gotować, sprzątać. Dostawałem wszystko, co najgorsze, używane, w czasie, gdy ich syn dostawał wszystko, co zechciał. Dostawałem ciuchy po nich, a że Dudley był pewnych rozmiarów, praktycznie w nich pływałem.

- Na Merlinia – szepnęła, zakrywając usta dłonią.

- No i do skończenia jedenastu lat mieszkałem w komórce pod schodami.

Ostania wypowiedzieć sprawiało, że w Lily zawrzało.

- Co?! – krzyknęła tak głośno, że Harry podskoczył na fotelu. – O nie!

Zerwała się ze swojego miejsca, pędząc do drzwi.

- Miałaś nie reagować pochopnie!

- Pochopnie? Pochopnie?! To nie jest pochopnie, to jest w pełni przemyślane! – krzyknęła i wyszła, trzaskając drzwiami, zostawiając Harry'ego w pełni szoku. Akurat w tym samym czasie w domu zawitali huncwoci.

- Ostra kobieta – zauważył Syriusz.

- Nie da się ukryć – oparł James.

- Powodzenia ci z nią – dodał Harry, klepiąc Rogacza po plecach.

- Ej, w którymś momencie ty też będziesz ze mną w tym siedział!

- Wcale nie – odparł Harry, kręcąc przy tym głową. – Ja jestem miły, słodki i wszystko uchodzi mi płazem. Więc, tak czy siak, tylko ty będziesz mieć przechlapane.

Syriusz i Remus zaczęli się niekontrolowanie śmiać z miny swojego przyjaciela, w czasie gdy Harry powoli wspinał się po schodach, też nie mogąc ukryć uśmiechu.

*

Rano przy stole wszystkim towarzyszył dobry humor. Lily uśmiechała się od ucha do ucha i tylko Harry zdawał się wiedzieć, czym to jest spowodowane. Miał dziwne przeczucie, że Lily udała się wczoraj na dość długą pogawędkę ze swoją siostrą. Cokolwiek się tam stało, spowodowało, że pani Potter miała niezwykły uśmiech na twarzy.

Alex i Nick powstrzymywali się, by nie zerkać co chwila na siebie, co powodowało uśmiech rozbawienia na twarzy Harry'ego. Cokolwiek stało się Regulusowi, spowodowało, że prawie ćwierkał z radości, a huncwoci byli huncwotami. Dobry humor towarzyszył im chyba od urodzenia.

Było po porze obiadowej, gdy stało się coś, czego nikt nie przewidział.

Nick i Remus trenowali jak zwykle w ogródku, reszta siedziała na werandzie, ciesząc się dniem, gdy po okolicy rozniósł się głośny ryk. W mig oczy wszystkich skierowały się na ćwiczące wilkołaki. Nick uśmiechał się z dumą, w czasie gdy Remus przyzwyczajał się do swojego wilczego ciała. Był duży, jego sierść miodowa, oczy żółte.

- Niesamowite! – zawołał Syriusz, podbiegając do przyjaciela. – Merlinie, jakiś ty wielki.

- Gratulacje Remus! – powiedział James i nie mogąc się powstrzymać, poklepał przyjaciela o pysku. Remus warknął cicho jakby urażony tym gesty. Wszyscy wokół zaśmiali się cicho.